Ludzie są prości. Czasami nawet aż za bardzo, nie ma z nimi żadnej zabawy. Zwyczajna układanka, którą mogłoby złożyć w jedną całość nawet dziecko. Puzzle. Kładziesz kawałek przy kawałku, a kiedy masz już pełny obraz człowiek należy do ciebie. Możesz nim dowolnie sterować, jak marionetką wystarczy pociągnąć za odpowiedni sznurek.
Kabuto czasami zastanawiał się, który z nich nauczył go takiego myślenia. Orochimaru, z jego umiejętnością znalezienia zawsze odpowiednich słów, uśmiechu w który nawet Kabuto czasem chciałby uwierzyć? Czy może Sasori, Mistrz Marionetek? Obaj byli geniuszami, obaj bawili się ludzkim życiem, ludzką wolą, manipulując nimi i naginając do spełniania swoich celów, potrzeb, lub po prostu dla zabawy. Tych dwóch nieodmiennie szło kilka kroków przed nim zabierając dla siebie wszystkie promienie słońca. Dlatego Kabuto był tak dobrym szpiegiem. Zawsze w cieniu, zawsze na tyle daleko od pierwszej linii ataku, żeby nie zostać zauważonym, uznanym za bohatera czy zdrajcę. A jednocześnie na tyle blisko, żeby słyszeć każde wypowiadane słowo, dostrzec najmniejszy nawet gest. Jeśli zaszłaby potrzeba, wbić nóż w plecy, albo poderżnąć gardło.
Był dla nich tylko narzędziem. Całkiem niezłym trzeba przyznać, ale wciąż tylko. Chociaż dla Orochimaru może był kimś więcej, sługą który zawsze znajdował się gdzieś w pobliżu. Istotą ludzką. Bardzo słabą, bardzo żałosną, ale mimo wszystko ludzką. Układanką taką samą, jak każdy inny człowiek, może po prostu nieco bardziej skomplikowaną. Albo raczej niekompletną. Nawet Kabuto nie potrafił znaleźć wszystkich kawałków samego siebie.
Rozumiał motywy którymi kierował się Kimimaro. Wiedział dlaczego walczył i dlaczego zginął. Równie oczywiste były dla niego powody Sasuke, który w końcu zdecydował się porzucić zacisze Konohy i szukać siły u boku wężowego sannina. Bezgraniczne oddanie i uwielbienie, poszukiwanie siły, wiara w obietnice, które nigdy nie zostaną spełnione, czy po prostu strach. To było naprawdę banalnie proste zrozumieć ludzi, którzy służyli Orochimaru. Którzy szukali go, czekali niecierpliwie na każde jego słowo, gest, uśmiech, kolejny dzień treningu, kolejną walkę u boku, a choćby i tylko w imieniu legendarnego sannina. Zabawne. Naprawdę zabawne. Jedyną osobą której motywów postępowania Kabuto nie potrafił zrozumieć, był on sam.
Nie bał się Orochimaru. To prawda, sannin ze swoją gwałtownością, zmiennymi nastrojami i chorobliwym łaknieniem krwi czasami go przerażał. Ale to nie był regularny strach, który mógłby trzymać go u boku jego pana. Uwielbienie? Nie, Kabuto nie był osobą która dałaby się oszukać uśmiechowi Orochimaru. Łagodnym słowom i chłodnej dłoni spoczywającej na policzku. Zresztą sannin nigdy nie próbował z Kabuto tych sztuczek. Przynajmniej nigdy na poważnie. Podziw? Nawet jeśli, to nie mógł być jedyny powód. Nie dla kogoś takiego jak on. Nie wszedłby w układ inny, niż taki w którym mógłby otrzymać co najmniej tyle samo ile sam dał
Ale co otrzymywał służąc Orochimaru? Możliwość swobodnego prowadzenia swoich eksperymentów? Tak ale nic więcej. A Kabuto już dawno zapomniał dlaczego posuwa się coraz dalej w poznanie śmierci. Dlaczego staje się coraz silniejszy. Chociaż nie. Wiedział dlaczego. Nie chciał by jeszcze kiedyś zdarzyła się sytuacja, w której nie będzie w stanie wyleczyć Orochimaru, tak jak to miało miejsce po walce sannina z Sarutobim. I jak dumnie nie brzmiałyby takie słowa, Kabuto potrafił wyłuskać z nich prawdę ukrytą w całkiem przekonywującej otoczce ułudy. Nie stawał się coraz silniejszy, żeby już więcej nie czuć się zbyt słabym, upokorzonym. Robił to dla Orochimaru. Tak po prostu, nie oczekując nic w zamian. Ani pochwal, ani aprobaty w spojrzeniu złotych oczu. Może tylko nie chciał widzieć w nich bólu.
Najskuteczniejszym sposobem na oszukanie innych, jest okłamać samego siebie. A prawdziwą sztuką jest grać tak, że nikt nie dostrzeże fałszu, jednocześnie pozostając świadomym swoich czynów, swojej prawdy. Kabuto był doskonałym kłamcą, w końcu przez ponad połowę swojego życia był szpiegiem. Większa część jego istnienia była jednym, wielkim kłamstwem. Wiedział, że jest dostatecznie dobry, zarówno żeby okłamać siebie jak i żeby iść dalej bez tego, wciąż ze swoim lekkim doskonale wyuczonym uśmiechem. Mógłby wmówić sobie, że ma jeszcze cele w życiu. Że to dla siebie uczy się kolejnych medycznych technik, dla siebie spędza dziennie po kilkanaście godzin w ciemnym laboratorium. Ale to byłoby żałosne. Naprawdę żałosne, żyć w stworzonej przez siebie samego iluzji. A skoro tak wiedział, musiał wiedzieć, że bez Orochimaru już nie istnieje.
Zazwyczaj Kabuto nie pozwalał sobie na tego typu rozważania. Zazwyczaj pracował do granic wytrzymałości, a potem był już w stanie tylko zwalić się bezwładnie na łóżko, zasypiając jeszcze zanim jego głowa dotknęła poduszki. Bo jeśli nie zapadnie się w sen od razu, to w całkowitej ciemności pozbawionego okien pokoju przychodzą do głowy dziwne i niechciane pytania.
Na przykład do którego z nich należy kawałek układanki, który teraz pali dłonie Kabuto wciąż jeszcze nie wyleczonymi ranami i wykwita sinymi pręgami na nadgarstkach?
***
W czasie dnia wszystko jest proste. Nawet w labiryncie wężowych korytarzy ich siedziby. W chłodzie i wszechogarniającej pustce, pośród echa zwielokrotniającego każdy krok, każdy szept i oddech. W czasie dnia nie ma czasu na myślenie o rzeczach całkowicie zbędnych.
Co z tego, że nie wychodząc na powierzchnię ciężko odróżnić dzień od nocy. Że każda kolejna godzina jest podobna do następnej, tak samo jak podobne są kolejne metry tunelu. Ten sam, powtarzający się motyw zdobień, ten sam złoto-czerwony blask pochodni. Dla Kabuto dzień trwał od momentu obudzenia, aż do chwili powrotu do małego, wiecznie pogrążonego w całkowitej ciemności pokoju. To nie miało znaczenia czy nad ich siedzibą, świeci słońce czy księżyc. Medyk ustalił swój własny cykl nocy i dnia. Nie było w tym nic złego, dopóki wiedział kiedy przynieść do komnat sannina śniadanie. Zawsze wiedział, jeszcze ani razu się nie pomylił, chociaż sam nie miał pojęcia dlaczego tak się dzieje.
Kabuto bez pukania, powoli otworzył drzwi do sypialni Orochimaru. Nie rozumiał dlaczego sannin powiedział mu w którym pokoju śpi. W jakiś dziwny sposób ufał mu, a medyk nie potrafił tego ani zrozumieć, ani zaakceptować. Bo w końcu jak można zaufać szpiegowi? Zwłaszcza takiemu, który sam nie rozumie powodów swojej lojalności.
- Dzień dobry Orochimaru-sama lekkim kopnięciem zamknął za sobą drzwi, podszedł do szafki nocnej i postawił na niej tacę ze śniadaniem. Czuł na sobie spojrzenie złotych oczu, chociaż Orochimaru zdawał się być całkowicie zajęty rozczesywaniem zmierzwionych snem włosów i nawet nie podniósł na niego wzroku.
Medyk podszedł do łóżka, wyciągnął rękę i wyłuskał trzymany przez blade, zimne palce grzebień. Przysiadł na skraju posłania, za plecami Orochimaru.
- Pozwoli pan że ja to zrobię cichy, pełen opanowania głos. Dokładnie taki jak zawsze. Zupełnie jakby nie był to pierwszy raz kiedy Kabuto siedzi na łóżku sannina z grzebieniem w jednej ręce i kosmykiem czarnych włosów w drugiej.
Nie otrzymał odpowiedzi, ale też żadnej się nie spodziewał. Był medykiem, nie fryzjerem, ale pomimo całego braku wprawy w tym co robił, nie usłyszał również ani jednego słowa sprzeciwu. Ani jednej kąśliwej uwagi typu, że nie powinien zabierać się za rzeczy na których się nie zna. Z drugiej strony kucharzem również nie był, a na przynoszone przez niego śniadania Orochimaru także nie narzekał. Przynajmniej zazwyczaj.
To nie była żadna przemyślana decyzja. Właściwie to w ogóle nie była decyzja, tylko całkowicie irracjonalny impuls. Kabuto delikatnie ujął w dłoń pasmo długich, czarnych włosów i przysunął je sobie do twarzy, jednocześnie nieznacznie się pochylając. Miękki, jedwabisty dotyk na wargach, na policzku. Nie wiedział dlaczego zamknął oczy. Później wszystko stało się zbyt szybko, by zdążył jakkolwiek zareagować. Lodowato zimne palce o wiele zbyt mocno zaciśnięte na jego nadgarstkach, głowa uderzająca o poduszkę. Kabuto gwałtownie otworzył oczy. Blisko. Zbyt blisko. O mało nie krzyknął zaskoczony, widząc twarz Orochimaru tuż przy swojej twarzy. Czuł na policzku jego spokojny oddech. Wężowe oczy wpatrywały się w medyka z nieodgadnionym wyrazem. Nigdy nie potrafił zrozumieć tych oczu i teraz zapatrzył się w nie, jakby na całym świecie istniały tylko one. Sekunda, dziesięć, czy może całe lata. Kabuto nie potrafił określić jak wiele czasu minęło nim dostrzegł w złotych oczach rozbawienie, po czym powieki zmrużyły się lekko a jego ust dotknęły chłodne wargi sannina. Szarpnął się jakby chciał uciec, ale Orochimaru tylko mocniej zacisnął dłonie na jego nadgarstkach przyciskając je do łóżka i unieruchamiając całkowicie.
Czuł smak krwi i ból gdy sannin wbił zęby w jego wargę, po czym cofnął się odrobinę. Język zlizujący krew z rozchylonych w niemym pytaniu ust medyka był ciepły, nie tak jak trzymające jego nadgarstki dłonie.
- Masz żałosną minę Kabuto.
***
Pokój nie ma okien. Nie może ich mieć, jest pod ziemią. Jak grobowiec. Łóżko jest szerokie, chociaż za twarde. Poduszka z kolei za miękka. Kołdra cienka, niemal wcale nie dająca ciepła, ale leżąca na łóżku postać i tak skopała ją na ziemię.
Szare, zwykle związane w kitkę włosy, teraz podobnymi do węży pasmami zdobią poduszkę. Ręce całkowicie bezwładnie rozrzucone na boki. Palce lekko zgięte, a z przebitych dłoni wciąż jeszcze płynie krew. Nie powinna, nie przy zdolnościach regeneracyjnych Kabuto. Ale jednak płynie.
Chłód pokoju jest niczym, w porównaniu z zimnem, które emanowało od ciała Orochimaru. Niczym, ale jednak wywołuje drżenie i gęsią skórkę.
Sny powinny pozostać snami, bo kiedy stają się rzeczywistością, nie są już takie piękne. Bolą o wiele bardziej. Zmuszają do myślenia o rzeczach, o których wolałoby się zapomnieć. Przypominają uczucia, które przecież już dawno się odrzuciło.
Kabuto szeroko otwartymi oczami wpatruje się w ciemność. Właściwie to równie dobrze mógłby opuścić powieki, efekt byłby taki sam. I tak jedynym co byłby w stanie zobaczyć jest czarna pustka. Chociaż nie. Pod powiekami czuje widmo złotych, nieco zamglonych dziwnym wyrazem oczu. Wpatrywanie się z sufit który jest gdzieś tam, nad głową, w ciemności, jest o wiele lepsze.
***
Orochimaru uśmiechnął się nieprzyjemnie, a po chwili kunai przebiły obie dłonie Kabuto, przyszpilając je do posłania sannina.
- Wolałbym żebyś się nie ruszał Kabuto dziwny, trochę kpiący głos. Obaj doskonale wiedzieli, że coś takiego nie jest w stanie unieruchomić medyka. W końcu jest shinobi, bywał w gorszych tarapatach, niż dłonie przybite kunai do łóżka. Ale Kabuto nie poruszył się. Zacisnął tylko zęby i przywołał na twarz najbardziej obojętny wyraz do jakiego tylko mógł się zmusić. Śmiech Orochimaru był równie zimny jak jego dłonie, które puściły nadgarstki medyka i wsunęły się pod jego koszulkę posyłając przez ciało Kabuto niekontrolowany dreszcz.
Nie mógł w żaden sposób zaprotestować. Nie mógł nic zrobić. Ale to było naturalne w układzie pan - sługa. Jeśli miałby się czemuś dziwić to temu, że stało się to tak późno. Ale Kabuto nie dziwił się niczemu. Był na siebie wściekły. Wściekły, bo to nie tak że nie mógł zaprotestować. On po prostu nie chciał tego zrobić. Wiedział, że już niedługo Orochimaru zetrze wyraz obojętności z jego twarzy. Wiedział, że jeśli wszystko potoczy się dalej tym torem, nie będzie w stanie utrzymać równego, spokojnego oddechu, a zaciśnięte kurczowo zęby nie wystarczą do milczenia. I godził się na to. A raczej o wiele gorzej chciał tego. Nawet ból w przebitych dłoniach nie był tak do końca zły.
***
Okulary zostały z komnacie Orochimaru, Kabuto zupełnie o nich zapomniał. Poza tym, nie zmieniło się zupełnie nic. Wiedział że nic się nie zmieniło. Ale właściwie to na co on liczył?
Tylko
Wcześniej wszystko było o wiele prostsze. Dotyk chłodnych dłoni zatrzymywał się na policzku i nie sięgał dalej. Złote oczy nawet jeśli nieodgadnione, zawsze były idealnie przejrzyste, ostre. Ciepły oddech zanikał gdzieś w dzielącym ich powietrzu, a nie zatrzymywał się na szyi Kabuto.
W całym swoim życiu medyk tylko w dwóch przypadkach z porozrzucanych części układanki nie potrafił stworzyć pełnego obrazu. Właściwie to w obu nie potrafił stworzyć żadnego obrazu. Wielobarwne kawałki puzzli nie chciały do siebie pasować ani kształtem, ani kolorem. Przedstawiały tylko jakieś ciężkie do sprecyzowania i szerszej interpretacji kontury lub barwne plamy. Strzępy wspomnieć, myśli, uczucia, drobne gesty. Nic, co mogłoby stanowić jedną, spójną całość. Chciałby wierzyć że to właśnie potrzeba ułożenia swojego i Orochimaru obrazu trzyma go przy sanninie. Naprawdę chciałby w to wierzyć, zduszając kiełkujące gdzieś wewnątrz niego dziwne uczucie. Zapominając o świadomości, że zrobiłby dla Orochimaru wszystko. Wszystko. Skończony idiota.
Kabuto zamknął oczy pozwalając by z ciemności patrzyły na niego złote, wężowe ślepia. Poddał się, powoli zapadając w sen.
Żaden z nich nawet przez chwilę nie pomyślał, że dwa komplety puzzli mogły zostać wymieszane razem, a potem podzielone po równo między dwie osoby, bez jakiegokolwiek porządku. Nie pomyśleli również, że jednak coś się zmieniło, że są o jeden, mały kroczek bliżej do zrozumienia.
Ale gdyby to pomyśleli, wiedzieliby również, że niezależnie ile kroków wykonają, nigdy nie uda im się uzyskać pełnego obrazu. Nie im.












